Czy bezpartyjny prezydent stał się “pisiorem”? Szymon Michałek tłumaczy, ale nie przekonuje

Kadr z wystąpienia Szymona Michałka pochodzi z oficjalnego profilu prezydenta na Facebooku
Podczas uroczystych obchodów swojej drugiej rocznicy prezydentury Szymon Michałek postanowił odnieść się do zarzutu, który w lokalnej debacie wraca regularnie – o jego rzekome „bycie pisiorem” i przypisywanie go do jednego, konkretnego obozu politycznego. W lekko przydługim nagraniu prezydent Chorzowa przekonywał, że ta kategoryzacja jest nieadekwatna, a jego działania wcale nie mają charakteru partyjnego, lecz stricte samorządowy. Jak podkreślał, „jego partią jest Chorzów”. Problem w tym, że im dłużej trwało to wyjaśnienie, tym bardziej sam Michałek wchodził w logikę, którą próbował jednocześnie zanegować.
Prezydent zadeklarował najpierw, że w sprawach światopoglądowych pozostaje konserwatystą, natomiast w gospodarce bliżej mu do liberalizmu. Taki zestaw ma pokazywać ideową niezależność. Deklaracja „ponad podziałami” zaczyna mieć jednak sens dopiero wtedy, gdy znajduje potwierdzenie w konsekwentnej praktyce – a nie tylko w narracji. W niej kluczowym elementem wystąpienia była teza, że Michałek rozmawia ze wszystkimi środowiskami politycznymi. Jednocześnie jednak sam przyznał, że jedne z nich „dają mu popalić”, a inne są bardziej wyrozumiałe. To już nie jest opis neutralnego arbitra, tylko rozpoznanie terenu politycznego z wyraźnie różnicowanym poziomem relacji. A w polityce lokalnej takie różnice rzadko są przypadkowe i zwykle przekładają się na konkretne układy i decyzje.
Prezydent odwoływał się na przykład do nazwisk polityków różnych opcji, sugerując, że jego kontakty mają charakter roboczy i służą przede wszystkim ściąganiu pieniędzy do miasta. W warstwie retorycznej to klasyczny argument samorządowy: „nie liczy się barwa, tylko skuteczność”. Tyle że ta formuła działa tylko do momentu, w którym jednoznacznie widać, które z tych kontaktów rzeczywiście przekładają się na tę skuteczność. Sam Michałek przyznał zresztą rzecz istotną – że łatwiej pozyskuje się środki, gdy pozostaje się w dobrych relacjach z partią rządzącą. Dodając jednak, że tak nie powinno być. Może to i racja, ale to też w dużej mierze utopia, poparta setkami przykładów z relacji samorządowych wielu miast w Polsce na przestrzeni różnych rządów sprawowanych w kraju. Tak było, jest i najprawdopodobniej będzie, czy się to komuś podoba czy nie. Tak działa polityka.
Odnośnie własnej bezpartyjności ale i otwartości na współrządzenie z innymi, prezydent przypomniał, że na początku kadencji próbował stworzyć szerszą formułę współrządzenia – z udziałem KO, PiS i własnego zaplecza – np. dzieląc komisje i wpływy w radzie miasta. Dziś sam ocenia to jako błąd, szczególnie w kontekście napięć wokół budżetu i realnego ryzyka jego nieuchwalenia już w 2024 roku. W tym miejscu padło też zdanie, które dominuje całą narrację: że dla utrzymania większości „stał się pisiorem”. Wypowiedziane w tonie pół-żartu, pół-politycznej szczerości, brzmi jak skrót myślowy, ale pokazuje też kierunek. Potwierdzony oficjalną koalicją oraz stanowiskiem wiceprezydenta wywodzącego się z tej partii. Czytelniej się nie da.
Podobnie wygląda kwestia komunikacji. Prezydenckie media społecznościowe nie są neutralnym archiwum kontaktów dyplomatycznych, tylko selektywną narracją. Spotkania z przedstawicielami PiS – w tym z prezydentem Karolem Nawrockim czy Adamem Andruszkiewiczem – nie są tam jedynie odnotowane, ale eksponowane w sposób, który buduje określony polityczny klimat. W polityce to właśnie takie detale tworzą wrażenie, które później trudno odwołać jednym zdaniem o „bezpartyjności”. Tam bliżej jest do euforii niż do neutralności i każdy to widzi. Do tego dochodzą elementy symboliczne: udział polityków PiS przy prezentacji wiceprezydenta miasta czy wcześniejsza euforia po zapowiedzi milionów na stadion Ruchu Chorzów, które miały płynąć z rządu Mateusza Morawieckiego. Każdy z tych epizodów osobno można oczywiście tłumaczyć pragmatyką. Razem tworzą jednak spójny obraz określonego kierunku relacji politycznych. Prawdopodobnie idącego w nadziei na zmianę obozu władzy w kraju po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych i ewentualnego kontynuowania dotychczasowych relacji z PiS, w celu zwiększenia szans na rządowe pieniądze dla miasta. Jest to jakaś strategia, ale bez żadnej gwarancji powodzenia.
Dlatego w tym kontekście „bezpartyjność” prezydenta zaczyna przypominać nie tyle opis rzeczywistości, co strategię komunikacyjną – próbę pogodzenia dwóch sprzecznych oczekiwań: utrzymania wizerunku niezależnego samorządowca i jednoczesnego funkcjonowania w konkretnym układzie politycznym, który tę niezależność systematycznie testuje. Nie trzeba mieć legitymacji partyjnej, żeby być częścią politycznego obozu. W samorządach często decyduje nie formalna przynależność, bo ta często może być w wyborach wilczym biletem, tylko powtarzalność decyzji, kierunek sojuszy i sposób ich publicznego uzasadniania. I właśnie w tej sferze rozbieżność między narracją Michałka a praktyką jego prezydentury staje się najbardziej widoczna.










